Bez nawrotów

Od zakończenia choroby, czyli od jakichś dziesięciu lat nie miałem nawrotu nerwicy. Nigdy nie wpadłem ponownie w pętlę strachu przed strachem. Ale to nie znaczy, ze nie miałem najść napięcia i niepokoju. Takie sytuacje pojawiają się co jakiś czas. Niektóre pamiętam szczególnie.

Na początku grudnia 2001 byliśmy w Nowym Jorku. Dziura Ground Zero jak rozdrapana rana ziała w środku miasta. Ruiny, resztki pogiętych stalowych konstrukcji. Na tym ludzie i koparki grzebiący jak mrówki w rozkopanym mrowisku. Płot i pobliski kościół świętego Piotra obwieszony kwiatami i zdjęciami zaginionych pod gruzami WTC. Nastrój niezwykłości miejsca, pewnej grozy unosił się jakoś w powietrzu. Ten nastrój oczywiście nie mógł mi się nie udzielić. Do tego samo miasto które robi na mnie wrażenie krzywdy wyrządzonej naturze. Szare, ceglano-betonowe, zaniedbane, z tą obcą polskiemu oku neogotycką architekturą, ciągnące się po horyzont. Wiem, że są miasta gdzie mieszka więcej ludzi, ale Nowy Jork jest dla mnie największą miejską pustynią świata. Może ze względu na tę przytłaczającą ciasną kamienną brzydotę – efekt eksplozji robotniczej ludności z początku ubiegłego wieku. Kontrast bogactwa i biedy. Gdzieś w tle już wtedy w dużym stopniu nieaktualne wspomnienia z krótkiej wizyty u samego początku lat dziewięćdziesiątych – z przed ery Giulianiego. To był okres szczytu miejskiego rozkładu. Pourywane hydranty z lejącą się wodą, śmieci i brud, agresywni żebracy i mknący w pośpiechu „normalni” ludzie – bojący sie nawet odpowiedzieć na pytanie o drogę. Miasto w którym można było kupić wszystko co najlepsze ale i co najgorsze na świecie.
I ten tani hostel… Naćpany recepcjonista zamknięty w pancernej klatce…
Naszło mnie to pytanie: co ja tu właściwie robię? Pamiętam, że miałem kilkugodzinny okres sporego przygnębienia. W nocy obudziłem się zlany potem.
- Zostawić to, wydostać się z tej kamiennej pustyni, z tej gnijącej rany świata, w której ludzie uwijają się jak robaki w padlinie.
Czy to był atak paniki? Nie, ale mógłbył być, gdybym uległ temu nastrojowi, gdybym się go uczepił i w niego uwierzył. Nie uwierzyłem, a moje doświadczenie i  rozsądek podpowiadały mi, że to tylko wrażenie. Że realnie nic się nie dzieje. Hotelik obrzydliwy, ale łóżko czyste. Miasto przytłaczające ale też fascynująco ciekawe. Napięcie, niepokój miną jeśli się ich nie uczepię pod wpływem bieżących uczuć i dam im odpłynąć. Powróci dobry nastrój. Wiedziałem, że to nie jest trwałe. Minie. Bo wszystko mija. „Czarne i białe chmury przepływają po niebie.” Pamiętasz?
I tak też się oczywiście stało. Nastrój minął, a kolejne kilka dni pobytu w Big Apple wspominam bardzo miło.

Miałem jeszcze kilka przypadków w takim i podobnym stylu. Z powodu zewnętrznych okoliczności: niepewnych wyjazdów, przemęczenia, nadmiaru zobowiązań. Nie tak dawno poczułem się na przykład osaczony z powodu niepowodzeń przy pewnej inwestycji, którą przedsięwziąłem. Po prostu nachodzą mnie takie napięcia sporadycznie.

 

***

 

W mailach które dostaję przewija się niekiedy taka myśl, że mogę nie chcieć wracać do okresu swojej choroby, trochę tak jakbym miał się obawiać, że z powrotem obudzę jakiegoś demona który śpi. Taki wydźwięk mają też niektóre oczekiwania co do wyzdrowienia, które w mailach wyczytuję.

Nie mogę się z tym zgodzić. Nie mam problemu z powracaniem pamięcią do czasu nerwicy (oprócz takiego, że nie wszystko już szczegółowo pamiętam, bo było to jednak dość dawno temu). Nie staram się wymazać tego okresu życia z pamięci. To by świadczyło o tym, że ciągle się obawiam nawrotu, że nie wiem dlaczego ten potwór odszedł. Wymazanie z pamięci, gdyby było w ogóle możliwe, pewnie by pomogło wyjść z nerwicy ale nie uczyniłoby mnie na nią odpornym. Jeśli życie potoczyłoby się aksamitnym torem nie wróciłaby nigdy. Jest to jednak mało prawdopodobne. Zresztą cóż warte byłoby życie bez stresu? Raczej nuda niż nirwana. Nie, za bardzo lubię wir akcji i raczej wpadłbym w paniczną pętlę znowu przy kolejnej stresowej okazji. Taka zdolność jest dalej we mnie. Przecież moja konstrukcja się nie zmieniła. Mój system jest potencjalnie dalej podatny na takiego wirusa umysłu. Dalej mógłbym „pójść w czarne scenariusze”, gdybym swojej wyobraźni na to pozwolił i wierzył, że otchłań nie ma dna. Nakręcony stresem albo traumą i spięty jakimś fizjologicznym wybuchem hormonów lęku. Na szczęście w mojej świadomości powstały też na tego wirusa przeciwciała, które szybko go wyłapują i neutralizują. Wymazując nerwicę z pamięci, wymazałbym je także.

Nerwica musi pozostać częścią doświadczenia. Musi zostać przerobiona, zanalizowana i metodycznie pokonana. To nie jest potwór który z jakiegoś powodu odszedł w nieznane strony i nie wiadomo, czy wróci czy nie. Jeśli tak by było to terapia byłaby niepełna. Znaczyłoby to, że wyzdrowienie jest elementem takiej, czy innej sugestii. Sugestia ma przepotężną moc i trzeba tę moc wykorzystać, ale sugestia się zużywa bo nie ma podstawy w procesie. Jest chwiejnym impulsem. Tak samo może wpędzić w panikę jak z niej wyprowadzić. Umysł wybity z równowagi często wpada ze skrajności w skrajności właśnie pod wpływem chwilowych sugestii. Trzeba na nie  nałożyć proces świadomego powrotu do równowagi. Autoterapii. Trzeba nauczyć się nad sugestywnymi myślami panować. Panować w sensie wzmacniania pozytywnych i osłabiania negatywnych.

Ktoś może powiedzieć, że w takim razie jest to tylko kamuflowanie nerwicy, panowanie nad objawami, bez usunięcia jej powodów. Zwłaszcza psychoanaliza proponuje podejście, które z zawziętością szuka „prawdziwych przyczyn” (w defektach rozwoju seksualnego w dzieciństwie). Nie bardzo się z tym zgadzam. Nie ma uniwersalnych, tajemniczych, ukrytych w dowolnie przepastnej głębi podświadomości magicznych przyczyn. Jest fizjologiczna skłonność zaszyta w osobniczej konstrukcji mózgu i układu hormonalnego. Nie znamy ich jeszcze na tyle by je klarownie opisać, ale wiele tropów już jest w neurobiologii i naukowej psychologii.
Czasem nasza konstrukcja może być bardzo skłonna do utraty równowagi psychicznej, niekiedy mniej, a obserwacja pokazuje, że są i tacy, którzy całkiem na taką niestabilność są odporni.
Życiowy stres wybija z równowagi. Z kolei życiowe doświadczenie, umiejętność emocjonalnego radzenia sobie z problemami powinno do równowagi przywracać. Na pewno ta umiejętność może być wypaczona przez złe wychowanie emocjonalne i złe nawyki. Wtedy nierównowaga może narastać, nawet długo nie zauważona. Będzie po prostu gromadzić się napięcie, złe uczucia, aż puści ostatnia bariera rozsądku i pojawi się paniczny strach. Wtedy pojawia się całkowicie nowa sytuacja. Trzeba od zera zbudować umiejętność radzenia sobie z nią.

Unikam raczej bezpośrednich porównań technokratycznych z uwagi na możliwość zbytnich uproszczeń, ale tu pewien przykład ciśnie mi się do głowy. Współczesna automatyka i informatyka uczą, że system można ustabilizować czyli skłonić do przewidywalnego zachowania albo przez odpowiednie mechaniczne, sprzętowe zaprojektowanie, albo przez stworzenie odpowiedniego oprogramowania, które tę stabilność będzie ciągle wymuszać poprzez ustawiczną kontrolę i korekcję. Dokładnie chodzi o to, że nawet całkowicie niestabilnie sprzętowo system można ustabilizować odpowiednim oprogramowaniem. Układ sprzętowo stabilny jest pewny i solidny, ale ociężały i trudny albo całkowicie nieskłonny do zmiany zachowania bez przeprojektowania. Układ ustabilizowany przez oprogramowanie jest podatny na błędy programu i wymaga ciągłej aktywności korekcyjnej, ale jest zwinny i łatwo zmienić jego zachowanie. Podam konkretny przykład dla większej jasności. Samoloty pasażerskie projektuje się jako mechanicznie stabilne. To znaczy, że taki samolot (o ile jest napędzany) będzie leciał prosto, a wytrącony z równowagi na przykład przez turbulencję wróci „sam z siebie” do lotu prostego.  Świetnie nadaje się do przewiezienia pasażerów od A do B, ale akrobacji się na nim nie zrobi. (Niestety nie da się go również skłonić do gwałtownego wznoszenia jeśli jest w ścieżce lądowania – napisałem ten tekst niedługo przed katastrofą prezydenckiego samolotu, przepraszam jeśli dla kogoś ta rana jest za świeża i boleśnie odczuwa takie nawiązania – nie jest moją intencją nikogo rozgoryczać.) Odwrotnie myśliwski samolot wojskowy. Jest mechanicznie mało stabilny (są też zdaje się próbne konstrukcje całkowicie niestabilne). Gdyby nie oprogramowanie komputerów sterujących lotkami i wyszkolenie pilotów (czyli interfejs białkowy jak mówią informatycy z pewną wyższością :) ), taki samolot przy niewielkim zaburzeniu, albo wręcz „sam z siebie”, wpadłby np. w korkociąg. Nie jest najbezpieczniejszym sposobem trasportu ludzi, ale do akrobacji i walki powietrznej nadaje się znakomicie.

Wracając na nerwicowe podwórko. Ciesz się, że nie jesteś ociężałym boeingiem! Masz fantastyczną zdolność umysłowej adaptacji. Musisz „tylko” wczytać oprogramowanie, które wyprowadzi cię z emocjonalnego korkociągu w którym jesteś.
(To jest głęboka metafora – z mojej obserwacji przynajmniej. Czy zauważyłeś, że ludzi bez zawahań prących do przodu i najwyraźniej doskonale ignorujących stres cechują spetryfikowane poglądy i emocje oraz pewna „odporność” na racje i uczucia innych?)

No dobrze mój system jest potencjalnie dynamiczny. Mogę wczytać „program” który spowoduje, że powrócę do równowagi, mogę też używać takiego który mnie z równowagi będzie wytrącał. Program, czyli zestaw nawyków i wyobrażeń, które trzeba świadomie wyrobić – nasze neuronowe oprogramowanie.
To może napawać pewnym niepokojem. No bo co jeśli wczytam albo dostałem zadany w wychowaniu i kulturze nie najlepszy „program”? Ależ właśnie dokładnie w takiej sytuacji tkwisz! Straciłeś równowagę i oparłeś się o inne (biochemiczne) ograniczenia. I kręcisz się w tym korkociągu – pętli strachu. Obijasz się przy okazji o przeszkody w postaci niezrozumienia innych idących swoim „transportowym” kursem.

Może zresztą w dużym stopniu udaje ci się już prostować lot. Uczysz się.

Patrząc wstecz, jestem niezwykle zadowolony z bilansu swojego „oprogramowania”. Od ponad dziesięciu lat mam się całkiem dobrze. Żyję życiem, które lubię. Mam niezłe samopoczucie tak po ludzku. Kilka turbulencji przeżyłem pomyślnie, zapewne ciągle modyfikując swoje doświadczenie. Czy może pojawić się sytuacja, które mnie ponownie wytrąci z równowagi? Pewnie jest to możliwe. Na szczęście nie miałem, przez ten okres naprawdę traumatycznych przeżyć. Cóż jednak z tego, gdyby nawet tak się stało. Będę najwyżej jeszcze raz „łatał” moją świadomość nowymi nawykami myślenia i działania. Żeby bilans wyszedł dodatni.
Jak na razie ta „wersja” świadomości jest dla mnie wystarczająca :) .

 

(George Grosz „Lower Manhattan”)